Rejs Odkrywców

Wrzesień 12, 2013  By ByWygrali 
0


„Zaspałem, ale to nie jest już niczym nadzwyczajnym – po prostu zwykła codzienność, zwykły niedobry nawyk, z którym walczę każdego dnia. Pomimo tego pięknego słonecznego dnia i okna ulokowanego od wschodu nie byłem w stanie podnieść się wcześniej niż 6:58. Błąd. W dniu takim jak ten, w dniu wyjazdu. Kilka niemiłych konsekwencji czekało na mnie z tego powodu w ciągu dnia, a jedną z nich odczuję przez najbliższy tydzień – będąc zupełnie odciętym od wszelkich cywilizowanych miejsc.
Ogólne rozdrażnienie nie pozwalało mi skupić się na kilku istotnych sprawach jak np. jeansy na kaloryferze, a to właśnie ich brak będzie odbijał się mi czkawką przez najbliższe doby. Cholera. O porannej toalecie też mogłem zapomnieć, a jedyne, co zdążyłem zrobić to wypić podwójne espresso. Po takim poranku widok PKiN nie jest niczym przyjemnym i rozszerza antymotywację do granic absurdu.

m1 m24 m308

Wait until the sun, wait until the sun goes down.

W nadchodzącym rejsie, jako rzecz najwyżej priorytetową obrałem sobie dotrwać do dwóch zachodów słońca. Na poprzednim rejsie byłem w wachcie I, która pełni obowiązki na pokładzie w godzinach nocnych i popołudniowych, więc wschód słońca był jak najbardziej osiągalny. W przeciwieństwie do zachodu. Zmęczenie po popołudniowej wachcie pozwalało jedynie na umycie zębów i położenie się do łóżka, więc obecność w momencie zatapiania się słońca w morzu była uzależniona od ilości wypitych kubków kawy. Na tym rejsie również trafiłem do wachty I. Pięknie, wewnętrzny głos dyscypliny będzie musiał przez całą podróż krzyczeć tak jak robi to każdego dnia. A miał odpocząć…

m266 m198 m44

Zapoznajmy się ponownie.

Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że przez rok (wydawałoby się, najszybszy rok w moim życiu) tak wiele informacji może umknąć z mojej głowy. Ponownie musiałem wlać do głowy wszystko o statku. Żagle? Żaden problem. Takielunek? Czym jest 168 lin? Jak wspaniale, że pokład zapisał mi się w pamięci wystarczająco dobrze. Kilka chwil na regulamin – po pierwsze ma być bezpiecznie, po drugie przyjemnie, po trzecie koniec regulaminu.
Tradycyjnie pierwszą noc zawsze spędzamy w porcie. Powolna aklimatyzacja nowych członków załogi i ich zapoznawanie się z okrętem trwa około jednej nocy. Później wachta trapowa z Pawłem o 3:00, która daje wiele radochy. Szczecin o tej porze dalej żyje, więc jest z kim rozmawiać, jest co opisywać i co wspominać.
5-godzinna podróż koleją dobiega końca, a ja wraz z przyjaciółmi opuszczam przedziały. Torby oczywiście ogromne, podawane przez okna, bo nie ma sensu targać ich przez cały wagon. Szybka podróż tramwajem nr 6 w kierunku Gocławia i jestem na miejscu. Wały Chrobrego. To samo miejsce, co rok temu, ta sama łajba i Ci sami ludzie, ale przygoda przed nami już zupełnie inna. To on, Fryderyk Chopin w całej swojej okazałości. Dopadły mnie wspomnienia z poprzedniego rejsu. Kolejny raz noga na trap. Bagaże na śródokręcie, a ja na rufę – trzeba przywitać znajome twarze!

Zbierać cumy!

Obecność na porannym podniesieniu bandery to obowiązek i nie ma żadnych wyjątków. Nawet niekontaktujący zjawiałem się na rufie codziennie – pływanie pod polską flagą utwardza w szacunku do biało-czerwonego płótna. I nie tylko do niego.
Już wczoraj wiedziałem, że Chopin ponownie ma na swoim pokładzie najlepszego kuka po tej stronie południka Greenwich – Pani Krystyno jesteś wzorcową kucharką! Pyszne śniadanie dodało wszystkim siły i entuzjazmu. W niepokoju czekaliśmy na sygnał alarmowy. Aż w końcu rozbrzmiał! Z całością uwinęliśmy się niezwykle szybko i już po 30 minutach zmierzaliśmy ku przeznaczeniu, ku małżonkowi Polski…
…a Bałtyk przywitał nas sprasowanym przez żelazko horyzontem. Chciałoby się w tym miejscu zacytować kapitana Jacka Sparrowa: „Muśnięcie, choć na chwilę. Oddam wszystko za jeden podmuch, malutki wicherek, wiaterek. Cokolwiek.”. W oczekiwaniu na zbawienny powiew weszliśmy na maszty. Czekałem na to od samego początku, tak samo jak każdy. Nikt nie będzie w stanie zapomnieć momentu, kiedy staje się na livelinie i przechodzi na sam koniec masztu. Wystarczy zatrzymać się na chwilę i podnieść wzrok. Otwiera się przed nami niesamowita przestrzeń – coś, co sprawia, że zapominamy o wszelkich zadaniach, jakie musimy wykonywać na lądzie, o facebooku, o niepotrzebnych niuansach, a nawet o znajomych. Po prostu chcemy spoglądać w dal z lekkim mrużeniem oczu i już nigdy nie stawiać nogi na stałym lądzie.

m22

Wzięli brasy!

Cierpliwość popłaca – co zresztą wiadomo nie od dziś – a na morzu już najbardziej! Od początku miałem nadzieję, że coś w końcu zaskoczy i powieje. Ale nie byle wiaterek. 8 w skali Beauforta podczas 3 dnia rejsu zaskoczyło nas wszystkich. Miejscami przechył statku przekraczający 20 stopni i zmienność wiatru, przez którą co godzinę rozbrzmiewał alarm i Nasza nieoceniona komenda „wzięli brasy!”. Od razu czujesz, że żyjesz! I tak prawie do samej Gotlandii. No a gdzieś po drodze straciłem czapkę… Bałtyku używaj z pożytkiem.

Visby.

A gdyby tak cofnąć czas? Pewnie nic bym nie zmienił lub zmienił wszystko. Są miejsca, w których wcale nie trzeba używać maszyn rodem z filmu „Powrót do przeszłości”, wystarczy spędzić w nich parę godzin, aby zaprzyjaźnić się z panującym tam klimatem. Pochodzić po murach, popatrzeć na miasto z wież strażniczych i poczuć się jak człowiek średniowiecza. Visby. Malownicze miasteczko i tony historii w jednym miejscu. Dla mnie, zapaleńca historii – był to istny Eden. Czas spędzony w muzeum to jedne z najpożyteczniej spędzonych przeze mnie godzin w tym roku. I tylko jedna pamiątka. To i tak za dużo dla człowieka, który żyje zasadą: nie kupuję pamiątek w miejscu, do którego wrócę. Nie mogłem się jednak powstrzymać, zupełnie tak jak każdy z nas.

m127 m128 m167

Welcome back.

Szybki tydzień. Od połowy wyprawy czas leci już nieubłaganie szybko i zanim się obejrzysz dopływasz do portu docelowego. Końcówka tego rejsu to mieszanka porywistego wiatru i jego zupełnego braku. Ale niezmiernie dużo wyciągnąłem z pokładu Chopina, znacznie więcej niż rok temu. Godziny spędzone za kołem sterowym pokazały mi jak często w życiu codziennym porzucam pewne działania przy braku widocznych efektów. Wszystko potrzebuje czasu. Reakcja statku na poruszenie sterem następuje często po kilku sekundach, a nawet minucie. Zauważyłem moją słabą stronę – cierpliwość i samozaparcie – to rzeczy, które wymagają szybkiej restauracji. Ale przede wszystkim uświadomiłem sobie, że podczas planowanych przedsięwzięć nie stwarzam czarnych scenariuszy. Rzecz w połowie dobra, w połowie zła – ale potrzebna. Mi jej brakuje zupełnie. Pomijam już tutaj takie rzeczy jak praca zespołowa czy wzajemna odpowiedzialność, bo są zbyt oczywiste. Myślę, że każdy z uczestników dał mi wiele, a ja starałem się tyle samo oddać. Dziękuję wszystkim za uśmiechy i wspólną zabawę – wszyscy byliście nieziemscy!

Michał

_MG_1603_MG_0544m117










Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


More Story
Rzeczywistość życia duchowego człowieka, a resocjalizacja Rzeczywistość życia duchowego człowieka, a resocjalizacja